Recenzja Sezonu 3

Ród smoka (2022)
Miguel Sapochnik
Clare Kilner
Paddy Considine
Emma D'Arcy

Powrót królowej?

Prawdziwa zabawa rozpoczyna się w odcinku trzecim i czwartym. Twórcy zwalniają, by głębiej zanurzyć się w swojej historii i bliżej przyjrzeć bohaterom. Przypominają sobie o najcenniejszej rzeczy:
Powrót królowej?
źródło: Materiały prasowe
Recenzja pierwszych czterech odcinków sezonu 3.

Sezon pierwszy "Rodu smoka" był dużym zaskoczeniem. Spin-off "Gry o tron", w którym większość widziała skok na kasę, stał się najchętniej oglądanym debiutującym serialem w historii HBO. Na podstawie trudnego pierwowzoru literackiego – suchej kroniki historycznej Westeros – udało się stworzyć epickie widowisko fantasy. Serial zyskał własną, niezależną od "Gry o tron" tożsamość i stworzył pełnokrwiste postaci, które zadomowiły się w popkulturowej świadomości zbiorowej. Udało się połączyć rozmach inscenizacyjny z szekspirowskimi dylematami i wzbogacić quasi-historyczny kostium o kobiecą perspektywę.

Sezon drugi "Rodu smoka" był dużym rozczarowaniem dla sporej grupy widzów. Ze względu na problemy produkcyjne, strajk scenarzystów, konflikt showrunnera Ryana Condala z Georgem R.R. Martinem i wycofanie się Miguela Sapochnika z twórczego zaangażowania w produkcję, kontynuacja hitowego serialu HBO nie spełniła obietnicy złożonej przez bardzo dobry sezon pierwszy. Większość wątków prowadziła donikąd, a najciekawsze postaci spędzały czas na gadaniu i halucynowaniu w czterech ścianach.


Sezon trzeci zaczyna się... chaotycznie. Twórcy bezpardonowo wrzucają widzów w akcję, nie troszcząc się o żadne wstępy i przypomnienia. Musiałam sprawdzić, czy coś mi się nie pomyliło i czy faktycznie odpaliłam pierwszy odcinek. Polecam nie pomijać skrótu wydarzeń, który HBO na pewno wyświetli na początku. Mam wrażenie, że dwa pierwsze odcinki są poświęcone temu, żeby podomykać bzdurne wątki z poprzedniego sezonu i możliwie wyprostować wyrządzone szkody. Dobrze to widać na przykładzie Alicent (Olivia Cooke), której kuriozalna decyzja o zdradzeniu własnego syna zostaje przeformułowana na działanie w imię pokoju możliwie najmniejszym kosztem ludzkim. 

Głównym zarzutem do drugiego sezonu były oskarżenia o wolne tempo i nudę. Twórcy wzięli to sobie do serca, bo w najnowszej odsłonie "Rodu smoka" dzieje się dużo od samego początku. Już w pierwszym odcinku dostajemy efektowną bitwę oraz śmierci istotnych postaci. Wkrótce potem Rhaenyra (Emma D'Arcy) opuszcza Smoczą Skałę, a Daemon (Matt Smith) własne demony. Kiedy łączą siły, działają tak skutecznie, że pozostaje tylko spytać: czy nie można było tak wcześniej? Czasem to początkowe rozstawianie pionków na planszy toczy się wręcz zbyt pośpiesznie, a dwa pierwsze odcinki miejscami wydają się niedopracowane. Cierpliwości: to trochę takie wymiatanie śmieci z pokoju przed przygotowywaną imprezą. 


Prawdziwa zabawa rozpoczyna się w odcinku trzecim i czwartym. Twórcy zwalniają, by głębiej zanurzyć się w swojej historii i bliżej przyjrzeć bohaterom. Przypominają sobie o najcenniejszej rzeczy: o tym, że to nigdy nie miała być historia, w której komukolwiek kibicujemy, a raczej "Sukcesja" w świecie fantasy. "Rycerz siedmiu królestw" dobitnie pokazał nam, jak poddani widzieli swoich Targaryeńskich władców: jako zdegenerowanych najeźdźców i ciemiężców z obcego kraju. O ile sezon drugi "Rodu smoka" wybielał "czarnych" i w gorszym świetle stawiał "zielonych", o tyle sezon trzeci uświadamia, że w tym konflikcie nikt nie ma racji, a każdy uważa się za lepszego od innych. 

Daemon fantazjujący o odbudowaniu valyriańskiego imperium jest takim samym odklejeńcem, jak nowy ciekawy gracz, Ormund Hightower (James Norton), widzący w smokach zło, które należy wyplenić w imię Siedmiu Bogów. Rhaenyra wierzy w przepowiednie i we własne powołanie, ale jej ambicje mają znamiona manii wielkości, a ona sama po wszystkich doznanych nieszczęściach coraz wyraźniej wstępuje na ścieżkę szalonej Targaryenki. Natomiast jej brat, poparzony król Aegon II (Tom Glynn-Carney), zazna w tym sezonie wielu upokorzeń. Czyżby twórcy szykowali mu redemption arc na miarę Jaime'go Lannistera? Cieszy fakt, że scenarzyści wrócili do dobrego pisania postaci, których motywacje są zrozumiałe, a osobowości wyraziste. Aemond, Healena, Larys, Corlys – ten świat jest pełen ciekawych bohaterów. Narracja powraca na pewne tory, dlatego można jej wybaczyć słabsze, mniej przekonujące momenty, np. królewskiego gwardzistę decydującego się przeciwstawić królowej po krótkim nagabywaniu.


Smoki stają się symbolem niebezpieczeństwa ludzkich ambicji i zachłanności. Złudnego przekonania o możliwości podporządkowania sobie czegoś z natury nieokiełznanego, bez troski o konsekwencje. Wielu bohaterów pociąga potęga tych stworzeń, ale wznosząc się nad głowami innych łatwo uwierzyć we własną nietykalność i doprowadzić do tragedii. Sezon trzeci jest brutalny, a trup ściele się gęsto. Żołnierze płoną z taką częstotliwością, że nie wiadomo, skąd jeszcze biorą się w Westeros jacyś ludzie i czemu mieszkańcy nie uciekają masowo przed tą wojną. Walki smoków równie często przerażają, co budzą podziw: to naprawdę jest średniowieczny odpowiednik broni nuklearnej. Człowiek nie ma w tym starciu szans... i trochę szkoda, że po raz kolejny pojawienie się smoka na polu bitwy oznacza sygnał do panicznej ucieczki, jakby nikt nie był na taką ewentualność przygotowany. Wydawałoby się, że w świecie, w którym smoki istnieją od tysięcy lat, ludzkość lepiej dostosuje się do walki z nimi. Tymczasem machinę skonstruowaną specjalnie do zabijania smoków zobaczymy na ekranie tylko raz. Na swoje mocniejsze momenty czeka też muzyka. Ścieżka dźwiękowa Ramina Djawadiego jest oczywiście bardzo klimatyczna, ale Condal póki co oszczędnie korzysta z jego wyrazistych motywów skomponowanych na potrzeby serialu.

To jest recenzja pierwszej połowy trzeciego sezonu, dlatego nie chcę rzucać kategorycznych stwierdzeń i podsumowań. Wszystko wskazuje jednak na to, że Targaryeonowie powstali z kolan. Nie jest to równy powrót do formy, bo dobre pomysły i mocne sceny co jakiś czas nadal psują scenariuszowe głupotki. Nie jest to też – przynajmniej na razie – powrót do poziomu sezonu pierwszego, nie mówiąc już o najlepszych latach "Gry o tron". Czwarty odcinek pozostawił mnie jednak w dużym zaciekawieniu i z poczuciem, że od tej pory będzie tylko lepiej. Rozdarta skomplikowanymi konfliktami mapa Westeros staje się areną naprawdę wciągających militarnych posunięć, gdzie wszystko może się wydarzyć – także dlatego, że twórcy nie trzymają się kurczowo materiału źródłowego. Przykład Owcokrada udowadnia, że te zmiany mogą prowadzić do potencjalnie bardziej dramatycznych historii. 
1 10
Moja ocena serialu:
7
Czy uznajesz tę recenzję za pomocną?
Recenzja Sezonu 2 serialu Ród smoka
Tym razem do Westeros zawitała nie zima, ale zimna wojna. Skonfliktowany ród Targaryenów podzielił się na... czytaj więcej
Recenzja Ród smoka
"Ród Smoka" to "Gra o tron". "Ród Smoka" to nie "Gra o tron". "Ród Smoka" to "Gra o tron", bo to... czytaj więcej